Podróże

Sewilla

17-20.02.18

Dzień 1.

Przylatujemy na lotnisko wieczorem około godziny 18. Po 4h lotu wysiadamy z samolotu i czujemy delikatny zapach wczesnego lata w powietrzu ♥ Wiosenny płaszcz dumnie dzierżę pod pachą i dziarsko kroczę w samej bluzie w kierunku bazy lotniskowej. Odbieramy bagaż i ustawiamy się w kolejce do autobusu linni EA, który ma nas zawieść do centrum miasta.

Szczegółowy rozkład jazy i trasa autobusu niebawem >TUTAJ<

Bilet kupujemy u kierowcy i jedziemy! Oczywiście łapczywie wyglądam za okno i wkurzam się na przyciemniane szyby autobusu które ukazują mi świat w blado trupich kolorach.

Wysiadamy na przystanku Santa Justa gdzie znajduje się dworzec pkp. Właścicielka wynajętego przez nas mieszkanka poleciła nam z tego miejsca złapać kolejny autobus, ale my postanawiamy zrobić sobie spacer. I tym sposobem stopniowo wkraczamy w coraz to bardziej klimatyczne uliczki miasta.

Szybki checkin na mieszkanku i wyskakujemy na imprezowy deptak – Alameda de Hercules, który znajduje się tuż za rogiem. Muszę przyznać, że zorganizowanie noclegu w tym miejscu było strzałem w dziesiątkę. Można dać się ponieść chwili i nie martwić się o powroty 🙂 Tak i więc czynimy. Początkowo sączymy piwko przed barem w tłumie radosnych Hiszpanów, od beztroskiej młodzieży począwszy, na rodzicach z dziećmi kończąc, którzy zdają się nie przejmować wieczorową porą i korzystają z sobotniego wieczoru. Wieczór kończymy bawiąc się w głębi pubu “Cafe Eureka”, gdzie na dobre rozkręciła się taneczna impreza. Cieszę mordkę na każde kolejne latynoskie puszczane kawałki. Hiszpańskie rytmy to zdecydowanie moja bajka.

Dzień 2.

Nieśpiesznie, bo dopiero w południe, udajemy się na śniadanie w niedalekiej restauracji Otto. Zamawiamy po toście z szynką i awokado plus american breakfast, czytaj jajecznicę z dodatkami 😉 Sączę świeżo wyciskany sok z pomarańczy i łapie łapczywie ciepłe promienie słońca. 

Przygotowałam z grubsza plan naszej wycieczki i chce go wcielić w czyn, jednak małżonek namawia byśmy poddali się chwili i szli przed siebie skręcając w ciekawsze zaułki. Takim to sposobem docieramy do gigantycznych “grzybów” – Metropol Parasol. Nie przepadam za nowoczesnymi budowlami, jednak ta jakoś wyjątkowo przypada mi do gustu. Warto wiedzieć, ze można wejść na niego na górę! Czego w ówczesnym czasie zaniechałam z powodu niewiedzy.

Z zacisznych uliczek wychodzimy na turystyczny szlak, gdzie pozwalamy fali tłumów ponieść się aż do samego centrum. Z małym przystankiem na wygrzewanie się na ławce przy placu – Plaza Nueva (w końcu głównie po to tutaj przyjechaliśmy 😉 ), docieramy pod samą katedrę – Catedral de Sevilla.

Lekko podgłodniali kupujemy mix owoców morza smażonych w panierce na głębokim tłuszczu
i woreczek czipsów ziemniaczanych, przysiadując pod murami katedry przypatrujemy się
ciemnoskórym sprzedawcą podróbek torebek znanych marek. Niesamowite, że ludzi to kupują :O

Przechodzimy przez półokrągły zaułek – Plaza del cabildo i wychodzimy przed głównym wejściem katedry.
Dłuższy rzut oka na drobno rzeźbione gotyckie ornamenty i ruszamy w stronę rzeki – Canal de Alfonso XIII.
Przechodzimy przez park – Cristina Garden, po prawej stronie mijając złotą wieżę, tylko z nazwy – Torre del Oro,
której przyjrzymy się innym razem. Ja standardowo zachwycam się najbardziej pomarańczami ♥

W końcu dochodzimy do Placu Hiszpańskiego – Plaza de España, który robi na nas piorunujące wrażenie!
To po protu trzeba zobaczyć. Przechadzamy się po skwarnym placu pod balkonowe łuki,
gdzie w centralnej części znajdujemy parę tancerzy, którzy tańczą flamenko i śpiewają przy akompaniamencie gitary.
Akustyka murów czyni ten występ naprawdę poruszającym.

Z prawej strony placu, patrząc na niego na wprost, wchodzimy po schodkach na balkon widokowy, skąd rozpościera się piękna panorama tego miejsca (po drugiej stronie łuku były jakieś remonty więc możliwe, że tylko tutaj dało się wejść na górę). Aż żal dochodzić, jednak czeka nas jeszcze spacerowanie po olbrzymim parku przylegającego do placu – Parque de Maria Luisa.

Po ów parku można by chodzić godzinami, my jednak wracamy do centrum w poszukiwaniu miejsca na kolację. Zanim jednak to zrobimy czas na przerwę i drinka! Znajdujemy fajne miejsce w nieopodal położonym skromnym park, baru na świeżym powietrzu z ratanowymi siedziskami – Premier Garden cocktailbar, mój klimat ♥ 

Mój drink bardzo smaczny, Pana M odpada, daiquiri spartaczyli.. Co nie zmienia faktu, że fajny tutaj musza mieć klimat letnimi wieczorami 🙂

Kupujemy kolejne butelki wody, ja wypijam kolejny sok z pomarańczy, a przed 20 siadamy już do kolacji w – Guevera & Lynch . Gadamy, śmiejemy się, kupujemy butelkę wina, smakujemy kolejnych to potraw i jednym okiem oglądamy mecz! Wieczór idealny. 

Dzień 3.

Nasz cel na dziś to Catedral de Sevilla oraz Royal Alcázar de Seville.
Powoli wygrzebujemy się z łóżka i pomykamy krętymi ściekami w kierunku katedry.

Zobaczcie kogo przyłapałam w palmowej koronie! Te papużki robią naprawdę niezły raban na placu przed katedrą, i gdziekolwiek indziej pojawi się ich rozkrzyczane stadko.

Katedra dość rozczarowuje. Budynek jest okazałych rozmiarów jednak bogate, złote zdobienia mieszczą się wyłącznie w głównym ołtarzu. Katedra jest jednym z największych obiektów chrześcijańskich w Europie.  Początkowo była meczetem i po obaleniu islamu miała zostać zrównana z ziemią, jednak jej piękno odwiodło od tego władców. W środku jest dużo ukrytych pomieszczeń, więc warto pokrążyć nieco po katedrze i odszukać je wszystkie.
Wchodzimy również na wieżę – Giralda , by móc podziwiać miasto z lotu ptaka. Piękny mamy stąd widok na arenę walk byków.

Znajduje się tutaj również dziedziniec z ogrodem pomarańczowym, który w porze kwitnienia podobno nieziemsko pachnie! Dla mnie to raj, bo fotografowanie pomarańczy sprawia mi niewyjaśnioną przyjemność 🙂

Zgłodniali udajemy się do restauracji, której nazwy nie pamiętam i której nie polecam 😛 Ciekawostką jest jednak to, że w niej,  jak i w wielu innych miejscach gdzie można oddać się konsumpcji pożywienia,  jest bardzo dużo akcentów religijnych, które w przypadku naszej,  aż biją po oczach!

Ah no i moja zielona miłość – Monstera, musiała mieć swoje 5 minut podczas tej wycieczki!

Bocznymi ścieżkami docieramy przez Patio de Banderas do Alcazaru, a tam.. kolejka pięć razy dłuższa, jak nie więcej, aniżeli dnia poprzedniego! Załamani ustawiamy się i czekamy.. godzinę. Po czym przy samym wejściu ogłaszają nam panowie z obsługi iż na dziś już zamknięte! Tak blisko, a tak daleko..

Idziemy więc zwiedzić Torre Del Oro – Złotą wieżę, załapujemy się na bezpłatny wstęp do muzeum i na punkt widokowy. Płacić za to nie polecam, ale za darmoszkę jak najbardziej warto się pokwapić. Wstęp bezpłatny w poniedziałek!

Spacerując wzdłuż kanału, znajdujemy fajny sklepu z regionalnymi przysmakami – Productos De La Sierra i zakupujemy kawał szynki długo dojrzewającej iberico ze świnek, które żywią się żołędziami, na którą wydajemy majątek, miodek anyżowy, oliwę i piwko z kasztanów.  

Wpadamy również na pomysł zwiedzenia, nieopodal znajdującej się, areny walk byków – Plaza de toros de la Real Maestranza de Caballería de Sevilla, jednak zamykają nam ją również przed nosem! Co za dzień.
No cóż, pocieszam się dużym kawałkiem biszkoptu oblanego pistacjową polewą i snujemy się dalej bocznymi uliczkami miasta, podziwiając architekturę i egzotyczną roślinność. Przysiadamy na apero i kieliszek czerwonego wina w małej knajpce.

Dzień 4

Ostatni dzień w Sewilli. 
Udajemy się na śniadanie ponownie do Otto. Ze smakiem pałaszuję czekoladowego rogalika i wyciągam się na plastikowym krzesełku w stronę nadchodzących promieni słońca. Nałapać go jak najwięcej przed powrotem do domu ♥

Pierwsza rzecz jaką musimy zrobić to pozbyć się bagażu. Okazuje się, że wynaleziony w internecie hostel nie przyjmie ich na

przetrzymanie i musimy zrobić sobie wycieczkę do dworca autobusowego. W calu uzyskania kluczyka od szafki należy udać się do okienka z informacją gdzie również uiszcza się za niego opłatę i można spokojnie wrzucać swoje bagaże do skrytki. 
My robimy to szybko, bo czas goni.
W pośpiechu wracamy się do centrum po drodze wypijając jednym haustem popularne hiszpańskie piwko Cruzcampo.

Ustawiamy się w kolejce do pałacowych ogrodów która mozolnie porusza się do przodu.. Poddenerwowani spoglądamy na zegarki. Jak nie wejdziemy za chwile to musimy wracać.
Ale udaje się. Mamy godzinkę na szybki obchód. Zdecydowanie za szybki, bo w ogrodach spokojnie można spędzić cały dzień! 

No dobrze. Z wielkim rozczarowaniem opuszczamy niebiańskie ogrody i gnamy w stronę dworca autobusowego.
Ale hola hola, jeszcze trzeba coś zjeść przed podróżą. Wpadamy do drodze do małej restauracji, w której zamawiamy to co możemy dostać jak najszybciej. Wybór okazuje się nieziemsko pyszny! Zamawiamy bufalo z pesto i lekko opiekanego na maśle łososia z tymże oto dodatkami! Rozpływa się w ustach! Koniecznie polecę nazwę tej restauracji jak odnajdę rachunek w swych wyjazdowych fiszkach.

Tym sposobem żegnamy się z naszą Sewillą.
Podsumowując:

Porankami było zimno, w środku dnia upalnie, by wieczorem znów przyszedł chłodek. W mieszkaniu tez się wymarzliśmy, bo Hiszpanie nie znają za bardzo potrzeby kaloryferów :O Zobaczyliśmy przepiękne ogrody, ale nie na wszystko mieliśmy wystarczająco dużo czasu na cieszenie się pięknem zwiedzanych miejsc. Zajadaliśmy się pysznymi daniami, jak i trafiliśmy na parszywe posiłki 😉 

Wszystko to ułożyło się  wyważoną całość.
Odpoczęliśmy, spędziliśmy ze sobą czas i nacieszyliśmy oko pięknymi rzeczami 🙂

Postaram się uzupełnić poniższą mapkę kolejnymi trasami.

Kliknij tutaj, by rozwinąć legendę mapy.

  

Back To Top