Podróże

Rio de Janeiro.

25.02.15 – 08.03.15

Kto nie marzy o bajkowych wakacjach w Rio?

Pomysł wyjazdu jak zawsze pojawił się niespodziewanie wraz z telefonem M.
Co jakiś czas ni stąd ni z owąd, dzwoni do mnie i zaskakuje propozycją wycieczki.
Mam to szczęście, że jestem w związku z wyjątkowym mistrzem wynajdywania okazji i promocji:)

Tym razem padło na Rio.

Przyznaję, że nie trzeba było mnie długo namawiać;)

Kierunek lotnisko Paris Orly.

Rezygnujemy ze specjalnego busa, który mógłby bez problemu zawieść nas na miejsce, na rzecz tańszego środku transportu, jakim jest najzwyczajniej metro i tramwaj. Który również zawozi nas bez problemu na miejsce. Na lotnisku w lekkiej panice zauważamy, iż naszego samolotu nie ma na rozpisce. Szybko jednak orientujemy się, że Orly składa się z dwóch części, Sud i Ouest. Czas nas z lekka goni. Specjalną kolejką dojeżdżamy do Paris Orly Ouest, zadowoleni z posiadania jedynie bagażu podręcznego, dzięki czemu odprawa przebiega szybko i sprawnie.

Zaczynamy od Madrytu.

Miasto posiada dość rozbudowaną siatkę metra, ale z lotniska bez problemu dostajemy się owym środkiem transportu do naszego hotelu. Szybki meldunek i wychodzimy coś zjeść. Głód nie pozwala nam długo rozglądać się za restauracją i wchodzimy do pierwszej lepszej. Nikt z nas nie posiada umiejętności władania językiem hiszpańskim, także więc dania zamawiamy na “chybił trafił”.
Pierwsze danie strzał w dziesiątkę, smaczny i sycący gulasz, oraz chrupka sałatka z.. angurinas (małymi węgorzykami). Na drugie Pan M kurczak w curry, a mi przypadło coś w rodzaju gotowanego mięsa z rosołu z ciecierzycą.. Odraza. Całe szczęście mój kochanek ma litościwe serce i dzieli się ze mną swoją strawą;)
Jak na stolicę, ceny lunchu są naprawdę przystępne w porównaniu z tymi paryskimi, pozwalamy więc sobie zakończyć nasz posiłek kawą, jak na Francuzów przystało 🙂

IMG_2216 IMG_2226

Aperitif’em w naszym wykonaniu było piwo;) Niestety nie uwieczniłam potraw na zdjęciu, ale znalazłam te małe robactwa na półce sklepowej. Dopiero wertując czeluścia internetu dowiedziałam się co zjadłam. I może i lepiej.

Z pełnymi brzuchami wracamy do hotelu na obowiązkową sjestę.
Madryt zwiedzamy dopiero wieczorem, beztrosko spacerując, bez presji odhaczenia wszystkich atrakcji.

IMG_2272IMG_2254 IMG_2286

W barach wszechobecne są chipsy naturalne, niesolone, podawane jako przystawka do wszystkiego. Grzanki z anchois i serem przypadły do gustu moim słonolubnym kubkom smakowym.

Po powrocie szybko zasypiamy by zebrać siły na dalszą część podróży.

Budzimy się kawą w przemiłej piekarni i ruszamy z powrotem na lotnisko.
Będąc w samolocie chyba jeszcze nie dociera do mnie gdzie lecimy. Szczęśliwym trafem mamy dwuosobowe miejsca przy oknie. Podróż o dziwo nie ciągnie się w nieskończoność. Z zapałem oglądam angielskojęzyczne bajki starając się zrozumieć ich treść. Tak, zdecydowanie mój angielski jest na poziomie średnio dobrym, żeby nie powiedzieć słabym;)

Serwowane posiłki są całkiem smaczne. Pod aluminiową przykrywką skrywa się niezła breja, która jednak o dziwo dobrze smakuje, albo jestem po prostu głodna.

IMG_2383 IMG_2295IMG_2299 IMG_2339

Podczas lotu standardowo zachwycam się widokami z okna i robię tysiąc zdjęć, które potem giną gdzieś w przestrzeni mojego komputera.

IMG_2307IMG_2331 IMG_2358

Lądujemy po ponad 11 godzinach!

Rio wita nas gorąco od razu gdy przekraczamy drzwi samolotu, buchając w nas powietrzem jak z piekarnika. Ciężkim, gorącym i wprowadzającym ten niesamowity dreszczyk podniecenia, mówiący: “Jesteś już na miejscu”. Tysiące kilometrów od domu, na innym kontynencie, w innej kulturze, florze i faunie. Witaj przygodo!

Teraz pozostaje nam znaleźć specjalny autobus, który zawiezie nas do miasta. Duży, niebieski z numerem 2018. Jest już ciemno, ale gorąca temperatura ściąga ze mnie sweter i rozbudza marzenie o zamienieniu długich dżinsów na szorty. M dzielnie pozostaje w swoim wełnianym swetrze! Nigdy go nie zrozumiem.

Lekko zagubieni odnajdujemy w końcu nasz autokar. Płacimy około 17reali za dwie osoby, wcześniej wymienionymi pieniędzmi w kantorze na lotnisku. Zaskakuje nas polski głos który odzywa się z siedzenia obok. O proszę co za spotkanie. Autobus prawie pusty i na około ośmiu pasażerów, trójka to my, Polacy. Zaczynamy ucinać sobie z nim miłą pogawędkę. Dowiedziawszy się, że jest drugi raz w Rio próbuję go wypytać o różne szczegóły dostępnych tu atrakcji. Szybko jednak się nudzę, bo chłopcy zaczynają zbaczać na mało interesujące mnie tematy.

Łapczywie pochłaniam więc wzrokiem to co dzieje się za oknem. Moją uwagę przykuwają pół nadzy czarnoskórzy mężczyźni stołujący się przed rozpadającym się barem piwnym, oraz małe dzieci bawiące się przy starym motorze. Obraz bardzo podobny do zdjęcia z czyjejś podróży do Afryki. W takich sytuacjach żałuję, że nie mogę zatrzymać czasu i uwiecznić tej chwili aparatem.
W pewnym momencie drogi nawet przez chwilę widzę oświetlonego Jezusa górującego nad miastem!

Jedziemy wystarczająco długo by klimatyzacja mogła pozwolić mi zmarznąć. Nasz towarzysz podróży pomaga nam poinstruować kierowcę gdzie chcemy wysiąść. Tak, można tutaj poprosić by autokar zatrzymał się gdziekolwiek sobie zażyczysz.

Wysiadamy przy Copacabanie.

Wita nas odór kanalizacji.. Uroki miast z gorącym klimatem.
Pierwsze zadanie: znaleźć nasze lokum. Jest niedaleko plaży więc odbywa się to bez problemowo. Po drodze czuje wzrok wszystkich mijanych mężczyzn na swoim ciele. Będę musiała się przyzwyczaić, uroki bycia blondynką.
W budynku wita nas portier, z którym w innym niż portugalskim języku się nie dogada. Całe szczęście reaguje na imię Fabio i wpuszcza nas do windy wciskając odpowiedni guzik (“C”).

Na miejscu wita nas sympatyczny host, z którym M szybko łapie dobry kontakt, ja oczywiście nadrabiam słodkim uśmiechem i staram się zrozumieć konwersację. Nasz pokój jest trochę inny niż na zdjęciach, ale nie przeszkadza nam to zbytnio. Nie mamy zamiaru dużo w nim przebywać;) Zdejmujemy z siebie ciepłe ubrania i wskakujemy w cienki t-shirt i szorty, a naszym nogom pozwalamy odetchnąć w japonkach. Niesamowite uczucie. Uczucie wolności.

Z dreszczykiem emocji opuszczamy nasze mieszkanie. Udajemy się do pobliskiego baru by zaspokoić nasz głód.

IMG_2384Wybieramy dużą pizze z krewetkami i zimne piwo. Delektujemy się tym momentem. Po chwili zagaduje nas przemiła kobieta ze stolika obok i zabawia rozmową. Przypadam jej znacznie do gustu bo podobno wyglądem przypominam jej córkę:) Pizza przychodzi olbrzymia, pokrojona w małe zabawne kwadraciki. Jest smaczna i zjedzenie połowy nas wystarczająco zapycha. Piwo serwują w plastikowych osłonkach, by chociaż przez chwilę zachowało swoja schłodzoną temperaturę.

Pomimo późnej godziny decydujemy się zobaczyć plażę. Jakże mogłoby być inaczej;) Po drodze prawie wbiega na moją stopę olbrzymi karaluch! Dotyka swymi odrażającymi odnóżami mego nagiego palca u stopy! Pierwsze niezapomniane przeżycie z Rio. Miasto jest dość brudne, a ja nienawidzę tego robactwa. Całe szczęście zaraz skupiam swoją uwagę na plaży.

IMG_2387 (2)Copacabana. Jest noc. Pomimo iż gigantyczne reflektory oświetlają plażę, widać niewiele. Jutro będziemy podziwiać, dziś za zadanie stawiamy sobie jedynie dotknąć ręką oceanu. Powoli zbieramy się do domu by szybko zasnąć i zebrać siły na pierwszy dzień zwiedzania.

Szybki prysznic i chwilę tylko męczymy się by zasnąć w tym gorącu. Zasypiamy głębokim snem. Nie pamiętam o czym śnię, może o Copacabanie 🙂

Pierwsze poranki w nowym miejscu są jakieś magiczne. Budzisz się by wstać w swoim łóżku, ale witają Cię całkiem inne ściany, które wywołują uśmiech na twojej twarzy. Tak jakby zderzasz się nagle z otaczającą cię rzeczywistością.

IMG_20150227_080547Bez kolejnego porannego prysznica się nie obejdzie, co później wchodzi już w nawyk.

Ku naszemu zdziwieniu host szykuje nam wspólne śniadanie. To miłe. Przynosi z piekarni świeże pieczywo i częstuje pokrojoną w długie paski papają. Oznajmia nam, że posiada swój własny jacht oraz domek na jednej z wysp i proponuje wspólną wycieczkę na weekendzie! Marzenie! Niestety następnego dnia staje się tylko marzeniem z powodu niepewnej pogody na owych wyspach.. A szkoda! Wypija razem z nami kawę, a potem opuszcza nas wychodząc do pracy.

Jak widzimy na załączonym obrazku “Paryż” nas nie opuszcza 🙂 kici kici

W planach mamy spacer wybrzeżem Copacabany i przejście na sąsiadującą z nią Iphaneme. Tak i też robimy. Pakujemy się w mały plecaczek i w drogę! Słońce pali niemiłosiernie, więc kupujemy dużą butelkę wody i krem przeciwsłoneczny 50. Smarując się nim w duszy ubolewam, że nie będzie mi dane się opalić. Jednak wolę być ostrożna i nie cierpieć z powodu swojej głupoty.

Plaża wita nas całkiem przyjemnym widokiem:)

copa IMG_2401IMG_2395

Spacerując wzdłuż brzegu M z rozbawieniem stwierdza, że jestem najbielszym osobnikiem na plaży. No cóż ma rację, sam jednak niewiele różni się ode mnie. Delektujemy się upalnym słońcem i letnia wodą obmywającą nasze stopy. Już czuję, że bez kupna słomianego kapelusza się nie obejdzie. Jednak nie muszę się o to martwić gdyż wszędzie dookoła pałętają się przeróżni handlarze, oferujący od strojów kąpielowych po zimne napoje.

W końcu dochodzimy do Iphanemy która, o wiele bardziej mnie zachwyca.

IMG_2443IMG_2486 IMG_2482

Wzdłuż plaży ciągnie się sznur drzew cytrusowych i palm, a horyzont zachwyca górzystą panoramą. Wszędzie pełno sprzedawców z ręcznie robioną biżuterią. Do dziś żałuję, że nie pokusiłam się o zakup bransoletki.

Głód jednak pcha nas w głąb lądu, gdzie stołujemy się w skromnej restauracji nieopodal wejścia do biednej dzielnicy. Takie miejsca są nazywane tutaj fawelami. Są to skupiska domów zbudowanych z najtańszych materiałów, gdzie ludność rządzi się swoimi prawami.

IMG_2446Z kelnerką dogadujemy się na migi. Jest dość śmiesznie, trochę niezręcznie. Niestety mi przypada talerz zeschłych skrawków serowych. Chyba nie udało się dogadać. Za to M konsumuje potrawę regionalna feijoadę, czyli gulasz na bazie czarnej fasoli z suszonym mięsem. Widokiem nie zachwyca, ale jest smaczna 🙂 Gdy przychodzi rachunek okazuje się, że za mój talerz ochłapów serowych płacę aż 30reali! Gdy M za swój pełno daniowy posiłek 20..

Obowiązkowo musimy skosztować “wody kokosowej”. Sprzedawca zgrabnie posługuje się olbrzymią maczetą i tworzy szczelinę w kokosie na słomkę. Niestety pod koniec konsumpcji okazuje się, że przypadł mi mało smaczny okaz..  Miąższ kokosa M uroczo chrupał w zębach, a mój był konsystencji zbliżonej do gumy.. Może dlatego woda kokosowa którą piłam nie uszczęśliwiła mnie tak jak powinna.

IMG_2462IMG_2473 IMG_2445

Zmęczeni słońcem zmierzamy w kierunku naszego lokum na sjestę. Dbając o stałe nawodnienie organizmu kupujemy popularny napój o nazwie “Guaravita”. Coś na rodzaj naturalnego energetyka. Półki sklepowe uginają się od egzotycznych owoców, które z fascynacją obmacuję.

IMG_2497

Oczywiście drzemka w pokoju szybko mnie nudzi, więc obserwuję z balkonu szybujące po niebie stada “papug”, szczerze wierząc, że to właśnie one.

“These birds love to fly”

Host zauroczył mnie tymi słowy <3

Później niestety okazało się, że to mewy.
Tak po prostu.

Wieczorem udajemy się razem z właścicielem mieszkania na pizzę. Długo czekamy w kolejce do restauracji serwującej pizze w postaci bufetu. Lista oczekujących jest długa. W końcu jednak rezygnujemy i postanawiamy zjeść coś w restauracji blisko plaży. Zamawiamy tam pizzę i Carphiniję, popularny brazylijski drink na bazie cacachy. Mocny, ale smaczny!

Tutaj pierwszy raz dostrzegam jak bardzo brazylijczycy lubią być obsługiwani. Kelner nie pozwala nam nałożyć kolejnego kawałka pizzy bez swojej pomocy! Rozumiem, że obsługa jest wliczona w rachunek, ale bez przesady.

Spędzamy naprawdę miło czas. Rozmawiamy. Host przestrzega nas, że w restauracjach często oszukują i należy dokładnie sprawdzać rachunek.. aha o tym się już przekonaliśmy podczas lunchu.

Dnia kolejnego wybieramy się wspólnie na przejażdżkę samochodem. Host zabiera nas na punkt widokowy by pokazać uroki swojego miasta.

Park Tijucka.

Widok jest niesamowity. Trudno go opisać, wiec lepiej po prostu zobaczyć:

IMG_2519 IMG_2522 IMG_2509

Tego dnia niebo było wyjątkowo zachmurzone i trochę się naczekaliśmy, aż Jezus się nam ukarze 😀

Później jedziemy na najdłuższą plażę w Rio. Plaża Tijuca, licząca sobie 18 kilometrów długości. Zajadamy się brazylijskimi przysmakami. Deser Acai podawany w postaci sorbetu z kubeczkiem musli smakował przepyszną gumą balonową! Najzabawniejszy fakt, że to jeden z najzdrowszych owoców na świecie, a tutaj taki smak:) A później słone serki podsmażane z ziołami. O i voila! Na zdjęciu nasz host:)

IMG_2545 IMG_2548

Niestety w ów dzień, przypłaciłam 20minutowe siedzenie na plaży bez filtra poparzeniem słonecznym. No ale jakby to wyglądało gdyby moja skóra nie przywiozła na sobie śladów gorących krajów;)

Po drodze fotografujemy Cococabańską plażę, a w mieszkaniu oddajemy się drzemce zbierając siły przed wieczornymi harcami. Plażowanie nas wymęczyło. A M stał się bananem.

IMG_2585 IMG_2591

Kolacje spożywamy w restauracji z typowo brazylijskim jedzeniem, czym jest najzwyczajniej barbecou. Porcja jest tak olbrzymia, że we dwie osoby z trudem zjadamy połowę zaserwowanego dania!

11880296_10207204084848506_1527966568_n 11911467_10207204084688502_1617945522_n

Kolejna część wieczoru spędzamy w imprezowej dzielnicy Rio Lapie.

Metro w Rio jest bardzo sympatyczną odmianą i prezentuje się całkiem nieźle na tle wszechobecnej biedoty. Na miejscu kierujemy się w stronę akwedukty, skąd odgłosy muzyki same prowadzą nas do celu. Wąskie uliczki przepełnione lokalnymi mieszkańcami jak i również turystami z trudem mieszczą wszystkich chętnych wieczornych zabaw. Przysiadamy w  kilku barach, racząc się piwem i drinkami. Mi niestety włącza się fenomenalny śpioch, a ukrytą senność M zdradzają zaczerwienione oczęta. Wiec nie udaje nam się wkręcić w wir skocznych tańców. I po zmęczeniu ostatniego drinka wracamy do domu jako mało rozrywkowi nudziarze.
IMG_2594

Kolejny poranek zapowiada się wybornie! Udajemy się na do naszej sowitej restauracji, ale tym razem na śniadanie. M wcina sałatkę z kurczakiem, a ja sernik jagodowy. Do tego owocowe koktajle. Pychota.

Dziś w planach zdobycie twierdzy militarnej znajdującej się na końcu Copacabany. Host mówi, że jest to miejsce z bardzo ładnym widokiem na Górę Cukru, ale o dziwo bardzo mało popularne wśród turystów. Ma racje.

Copacabana z tej strony wygląda czarująco.
Jedno z moich ulubionych zdjęć! <3

IMG_2603IMG_2621 (2)Z trudem znajdujemy mała budkę strażniczą, gdzie zakupujemy bilety wstępu, które będą niezbędne by na szczycie dostać się do twierdzy.
Trasa jest bardzo przyjemna i pozwala odpocząć od zgiełku panującego tuż u podnuża góry na najsłynniejszej plaży świata. Brukowana ścieżka, wśród gąszczu, wije się spiralami na szczyt. Z wszelką cenę staram się zobaczyć widoki schowane po drugiej stronie zarośli.

IMG_2625Po chwili jednak nie muszę tego robić, a przepiękny widok pochłania mnie bez reszty. Dziesiątki białych żaglówek beztrosko przemierzają olbrzymią tafle oceanu, a zatoka Copacabany zdaje się być rajem na ziemi. Jeden z najpiękniejszych widoków jakie w życiu widziałam. Mogłabym stać tam godzinami i wpatrywać się w ten nieskazitelnie idealny krajobraz.

Dzień zaczął się pięknie <3
IMG_2634

Trzeba jednak wejść do twierdzy. Po schodkach dostajemy się na kolejne widokowe tarasy. Skąd pięknie prezentuje nam się Pao de Acucar. Oczywiście oszołomiona latam z jednego miejsca na drugą, szukając najpiękniejszych widoków.

IMG_2640 IMG_2643 (2)

IMG_2661

Mą fascynację panoramą przerywają ciche szepty M. Znalazł małpkę! Moją małą małpkę na której ujrzenie tak liczyłam podczas tego wyjazdu.
Oczywiście rozpływałam się w zachwycie nad jej urokiem. Puszystym futerkiem i mikroskopijnymi rozmiarami. Wielkością bardziej przypominała malutkiego kotka aniżeli okazałego małpiszona. Po tysiącu zdjęć i kilku filmikach, panu M udaje się odciągnąć mnie od tego przeuroczego stworzenia. Niechętnie udaję się za nim w drogę powrotną.

Jednak ku memu nieokrzesanemu szczęściu po drodze spotkamy kilka kolejnych stad małych małpek, które uroczo nawołują się charakterystycznymi dźwiękami. Z trudem powstrzymuję się by nie złapać jednej z nich w celu wygłaskania na śmierć. Co pewnie skończyłoby się bliższym spotkaniem z ich ostrymi ząbkami. Od tej chwili na każdym kroku wypatruję wszędzie małych małpek.

IMG_2682 IMG_2696 IMG_2685IMG_2698 IMG_2702

Po zimnym piwie w barze na plaży zaczynamy szukać miejsca z darmowym wifi by móc podzielić się pierwszymi wrażeniami z Rio z najbliższymi. Niestety owe poszukiwania przypłacamy konsumpcją niesmacznej pizzy w zatłoczonej restauracji i wypiciem martini które przez pomyłkę zostało dookoła oprószone solą! zamiast cukrem..

Wieczorem postanawiamy udać się metrem do centrum, co niestety okazuje się fatalnym pomysłem. Centrum miasta w weekend pustoszeje, a na ulicach pozostają jedynie.. bezdomni. Tak, to przykra prawda. W co drugim zaułku można było zobaczyć śpiące osoby pod ścianami budynków lub podejrzanie wyglądające grupy ludzi, oddające się jakimś czarnym interesom. Zwiedzanie tego rejonu ograniczamy do minimum. Pomimo sporego błądzenia, wracamy w turystyczne rejony cali i zdrowi.

Jak dobrze pamiętam odwiedzamy po raz kolejny naszą restaurację by skonsumować sowitą kolację.

Poniedziałek. Planujemy zaliczyć główną atrakcję jaką jest pomnik Jezusa Odkupiciela. Chcemy to zrobić pieszo. No może ja bardziej tego chce niż M. Pomimo, iż host nie ma pojęcia o istnieniu pieszej ścieżki na Coracavado, postanawiamy udać się tam kierując wskazówkami znalezionymi wcześniej w internecie.

IMG_2714Wsiadamy w autobusem do Parku Lage, skąd później na szczyt mają nas poprowadzić kierunkowskazy. W publicznym środku transportu znajdujemy kolejne “niepotrzebne” stanowisko pracy jakim jest dodatkowa osoba do sprzedaży biletów i otwierania bramki osobom chcącym skorzystać z przejażdżki. Wcześniejszym przykładem niepotrzebnej pracy była osoba otwierająca szlaban samochodom na ulicy przy której mieszkamy, po prostu otwierająca i zamykająca, bez sprawdzania kto przejeżdża.

Ale wracając do wyprawy!

Samo pojawienie się w owym parku zaczęło wzbudzać we mnie dreszczyk emocji. Odnajdywanie kolejnych miejsc i wskazówek opisanych na stronach internetowych dodaje animuszu.

IMG_2716 IMG_2719IMG_2721 IMG_2727

Park zamieszkują przeolbrzymie cykady które wydają nie do opisania głośny dźwięk, który przyznaje na początku pomyliłam ze skrzekiem jakiś ptasząt. Docieramy do budki strażniczej gdzie podajemy swoje dane w razie zaginięcia na szlaku i składamy jako jedni z nielicznych swój podpis w księdze. Dostajemy mapkę trasy i wąska ścieżką udajemy się w nieznane. Trasa dzieli się na trzy części: łagodną, intensywną oraz krótki odcinek z łańcuchami!

IMG_2749 IMG_2741 IMG_2753IMG_2751

Delikatnie sugeruję M by szedł pierwszy, bym mogła uniknąć napotkanych po drodze pajęczyn. Ścieżka jest bardzo przyjemna i.. zarośnięta. Udaje nam się w gąszczu wypatrzeć kolejnego mieszkańca Rio, którym jest waran stepowy. Ociężały znacznych rozmiarów jaszczur. Na swojej drodze spotykamy również aż jedną osobę, która korzysta z owego szlaku, ale raczej udała się tutaj na jogging niż na wspinaczkę.

IMG_3252 IMG_2771 IMG_2773 (2)

Gdy zaczyna się cięższa część trasy zaczynamy żałować, że nie zaopatrzyliśmy się w większą ilość wody i drobne energetyczne przekąski. Nie poddajemy się jednak i dziarsko oddajemy się wspinaczce. W końcu nadchodzi czas na zapowiedziany wcześniej odcinek z łańcuchami. Jest naprawdę krótki i prosty. Jednak z trudem pokonuję swój lęk wysokości i sporo czasu zajmuje mi ukończenie tej części trasy. Za to później dumna i szczęśliwa wspinam się pośpiesznie dalej, przecierając nam szlaki. Nasza ścieżka przecina drogę kolejki która jest standardowym sposobem na dostanie się na szczyt Corcavado. Niestety nie udaje nam się jej zobaczyć.

IMG_2788 IMG_2789 (2)

Kiedy trasa się kończy, widzimy już plecy Jezusa! Tak blisko a tak daleko! Zgodnie z zaleceniami internautów obijamy w dół by zakupić bilety wstępu. Trwa to jednak zdecydowanie dłużej niż przewidzieliśmy i w konsekwencji musimy naprawdę sporo się cofnąć zgrabnie wymijając busy zawożące turystów na szczyt. Dochodzimy do miejsca gdzie są kasy. Trochę rozczarowana staję w kolejce po bilety na drugą część trasy. Może gdybyśmy zakupili bilety online moglibyśmy dostać się od razu na szczyt? Jednak nie mam pewności czy jest taka możliwość.

Tak czy siak w końcu ukazuje się naszym oczom pomnik Jezusa. Zabawne, iż z bliska wcale nie wydaje się aż tak okazały.

Panorama jednak nie przynosi rozczarowań. Rio jest przepiękne.

IMG_2817 IMG_2796 (2) IMG_2849IMG_2821 IMG_2848

Usatysfakcjonowani raczymy się witaminowym koktajlem i podziwiamy widoki. Bus zawozi nas skąd przywiózł i po nieudolnym czekaniu na dalszy środek transportu postanawiamy złapać taksówkę do najbliższego metra. Udaje mi się wytargować niższą cenę i ruszamy.

Wracamy krętymi ścieżkami, zahaczając o spacyfikowaną fawelę. Przez chwilę przez mą głowę przemyka myśl, że czarnoskóry taksówkarz może nas uprowadzić i wywieźć na koniec świata w celach grabieży i gwałtu, jednak gdy wysadza nas przy metrze moje przypuszczenia zostają rozwiane.

Jesteśmy głodni i wyczerpani, a ja za wszelka cenę chce zobaczyć plażę, przy parque de Flamengo. Miejsce jest prześliczne pełne piachu, palm i kwitnących akacji, które uwielbiam!

IMG_2882 IMG_2883

IMG_2884Niestety nie udaje nam się znaleźć żadnej restauracji, więc postanawiamy złapać autobus w stronę Copacabany i udać się do “naszej” restauracji. Raczymy się grillowanym mięsem, frytkami i czymś w rodzaju brei ryżowej. Ale smakuje nam. Udaje się nawet złapać internet i zadzwonić do rodziców:) Po wypiciu kolejnych drinków udajemy się na plażę by odpocząć. Caipirinha przyjemnie relaksuje po intensywnym dniu, a ja jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. <3

Zachód słońca na Copacabanie jest przepiękny. Długo rozkoszujemy się tym widokiem.

IMG_2892 IMG_2904IMG_2899 IMG_2900 IMG_2896  

Przed snem skaczemy jeszcze na jednego drinka do naszego ulubionego baru na plaży. I mam przyjemność oglądać przepiękne, olbrzymie i świecące “tytaniki”! Zauroczona.

IMG_2940 IMG_2946

Kolejny dzień przeznaczamy na leniwe wylegiwanie się na plaży. Zaopatrzamy się w owoce, napoje oraz kremy przeciwsłoneczne i ruszamy na plażowanie. Pozostawiamy aparat w mieszkaniu by móc swobodnie cieszyć się wodą i piachem. Dzień mija spokojnie i w pełnym słońcu.

Wieczorem postanawiamy zobaczyć jaki widok po zmroku ma dla nas do zaoferowania plaża Iphanema. Plaże są długie i po drodze udaje nam się zgłodnieć, więc konsumujemy burgera w jakiejś sieciówce popijając Matte leao, kolejną ich energetyczną “herbatką”.  Na Iphanemie odkrywam piękno ubogich faweli. Nocą wzgórza na których się znajdują świecą się milionem migocących światełek. Naprawdę czarujący widok. Niestety zdjęcie nie oddaje magii widoku.

Późna pora i Cahrpinija przyprowadzają nas z powrotem na Cope, gdzie raczymy się ostatnim drinkiem przed snem.

IMG_2960 IMG_2973IMG_2975 (2) IMG_2982

Dzień kolejny.

W końcu przychodzi czas na zaliczenie ostatniej góry. Pao de Acucar.

Nazwa pochodzi od jej kształtu, ponieważ podobno przypomina ona bryłę cukru. Podobno. Tym razem rezygnujemy z autobusu i postanawiamy udać się na dłuższy spacer. W planach mamy wspiąć się na pierwszą część samodzielnie, a na górę docelową wjechać kolejką, gdyż w tym przypadku nie ma innego wyjścia. No chyba, że bylibyśmy zawodowymi alpinistami i posiadali cały potrzebny osprzęt do pokonania prawie pionowej ściany;) Na miejscu okazuje się jednak, że nie można kupić osobnego biletu na drugą kolejkę, więc postanawiamy w pierwszą stronę skorzystać z podwójnej podwózki, a potem zejść pieszo.

IMG_2989 IMG_2993 IMG_2994

“Globo” to popularna brazylijska przekąska, chętnie sprzedawana przez tułających się handlarzy. W sumie to jedynie mąka i woda, a taka smaczna.

Widoki rozpieszczają nas od samego początku. Dzięki przeszklonemu wagonikowi możemy podziwiać cudną panoramę. Po wjechaniu na pierwszy szczyt, rozkoszujemy się miejscem i chwilą, aby zaraz wsiąść w kolejną kolejkę na docelowy szczyt. W przerwie między przejażdżkami udaje mi się uwiecznić naszego Jezusa i kolorowe fawele.

IMG_2996IMG_3032 IMG_3027IMG_3011 IMG_3028

Na szczycie widoki zapierają dech w piersiach. Z zapałem fotografuję po raz setny Copacabanę. Upał jest niemiłosierny a krążące wokół góry, niczym sępy, stada czarnych ptaków, sprawiają że czujesz się jak smażony kurczak, który stanie się niebawem ich obiadem.

IMG_3082IMG_3168 IMG_3187

Całe szczęście znajdują się tutaj schodki którymi można zejść w rejon bardziej zacieniony i odpocząć na ławeczkach. M natychmiast oddaje się tej czynności, a ja oczywiście staram się wypatrzeć małe jaszczurki przemykające co jakiś czas między suchymi liśćmi, lub fotografuję cokolwiek się poruszy.

IMG_3072 IMG_3142 IMG_3159 IMG_3153

Drogę powrotną dzielimy na dwie części. W pierwszą stronę zjeżdżamy kolejką, a kolejny etap postanawiamy pokonać pieszo.

IMG_3190 IMG_3191

Tak jak bardzo lubimy przecierać szlaki w samotności tak tym razem przypadło nam schodzenie z ów góry razem z wycieczka szkolną.. Co niestety trochę odebrało magie temu miejscu. Ale były małpki! To najważniejsze:)

IMG_3200 IMG_3214

Wieczorem standardowo odpoczywaliśmy na wybrzeżu Copacabany. Dobrze jednak zorganizować sobie nocleg blisko takiego miejsca. Kolejne zachwyty zachodem słońca.

IMG_3224 IMG_3230IMG_3237

Wracając do domu wstępujemy do restauracji niedaleko naszego lokum by skosztować “serca palmy” na przystawkę oraz krewetek w jakiejś pomarańczowej papce. Niestety po skończonej konsumpcji okazało się, że do dania głównego był podany pikantny sos który miał dać odpowiedni, wyrazisty smak potrawie. Zorientowaliśmy się trochę za późno. W mieszkanku raczę się Guaravitą, uświadamiając sobie, że niebawem nie będzie mogła pieścić swym smakiem mego podniebienia.

Ostatnim punktem do zwiedzenia w Rio jest park botaniczny. Po rajdowej przejażdżce autobusem byliśmy na miejscu. Tak, nie wiem czy wspominałam, że kierowcy autobusów jeżdżą tutaj jak szaleni.

Po uiszczeniu odpowiedniej opłaty za wstęp, wrzucamy otrzymane zabawne plastikowe płytki do urządzenia otwierającego obrotową bramkę. Oczywiście na wstępie zakochuję się w wysoookich palmach! I udaje mi się wymusić na panu M całkiem sympatyczne zdjęcie swojej osoby pod bluszczami.

IMG_3362 IMG_3284 IMG_3286

Nagle stajemy się świadkami wycieczki stada małp przez park. Takich z prawdziwego zdarzenia, konkretnych małp, a nie wszechobecnych maleństw. Tak zwinnie przemykają, że z trudem udaje mi się je uwiecznić na zdjęciu. A szkoda. Spokojnie spacerujemy i podziwiamy uroki parku. Leniwie rozkładamy się na ławce i obserwujemy korony drzew prześcigając się w tym kto pierwszy znajdzie buszujące między gałęziami stworzenia.

IMG_3292 (2) IMG_3346 (2) IMG_3302IMG_3318 (2) IMG_3328 (2) IMG_3360

Nie udało mi się zobaczyć małp huśtających się na lianach, ale za to zobaczyłam piękną parę tukanów! Podobno nie często można ich spotkać a tutaj proszę. Nie były to niestety niebieskie papugi, które miałam szczerą nadzieję zobaczyć, ale zdecydowanie zaspokoił mnie ich widok i uszczęśliwił niemiernie.

IMG_3332 IMG_3340

Powrót w stronę plaży fundujemy sobie znowu na piechotę, ale jest on spowodowany potrzebą podziwiania wielkiego jeziora. Które w pewnym momencie wyglądało naprawdę przepięknie.

IMG_3375 IMG_3376

Przemykając przez drogą dzielnicę Iphanemy w końcu docieramy do jej skraju. Razem z tłumem turystów wdrapujemy się na skały na końcu plaży, by móc podziwiać nasz ostatni zachód słońca w Rio. Jest naprawdę romantycznie. Brakuje tylko lampki wina i.. spokoju. No ale nie można mieć wszystkiego dla siebie, prawda?;)

IMG_3429 IMG_3441 IMG_3448IMG_3435 IMG_3457

Tym razem stołujemy się w bufecie oferującym przeróżne rodzaje pizzy. Pomimo sporej różnorodności nie robią na nas większego wrażenia. Po konsumpcji prędko skaczemy na plażę wypić ostatniego drinka! Gdybym mogła piłabym go przez cała noc..

IMG_3469Poranek. Dzień ostatni w Rio.

Żegnamy się z naszym przemiłym hostem i mieszkankiem. Pakujemy nasze małe plecaczki i udajemy do centrum, by zwiedzić ostatnie atrakcje na naszej liście. Śniadaniujemy się szybko na mieście małymi serowymi bułeczkami i wsiadamy w metro.

Centrum jak ostatnio wita nas brudem i biedotą. Na liście odhaczamy atrakcje. Betonowy kościół i kolorowe schodki wyłożone kafelkami z całego świata. Szukamy płytek z Polski, ale bezskutecznie.

IMG_3470 IMG_3504IMG_3497 IMG_3478 IMG_3499

Wcinając kolejne serowe pampuchy i pochłaniając z nieopisaną rozkoszą zimna Guaravitę wsiadamy w taksówkę na dworzec. Po drodze mijamy wielkie garaże, w których pochowane są karnawałowe platformy! Przez chwilę, żałuję że nie było mi dane oglądać tych hucznych parad kroczących ulicami Rio.

Kiedy wsiadamy do autobusu zawożącego nas do Sao Paulo, oddycham z ulgą. Wakacje są pięknym czasem, ale w końcu masz ochotę zasnąć spokojnie w swoim łóżku.

Podróż jest długa ok. 8h! Po drodze przejeżdżamy przez wielkie oberwanie chmury i robimy kilkuminutowy przystanek na autostradzie z niewiadomych przyczyn. Ja podejrzewałam przegrzanie autokaru. Jednak trudno było się domyśleć co mówi kierowca, posługujący się całkowicie obcym mi językiem.

IMG_3518 IMG_3531

W końcu Sao Paulo. Wita nas normalna cywilizacja. Oddychamy z ulgą. Odnajdujemy hotel i zasypiamy w pokoju z widokiem na dziesiątki wieżowców.

Tak jak w Rio pogoda dopisywała każdego dnia, tak ten jeden, jedyny dzień w Sao musieliśmy natrafić na niekończąca się ulewę, dzięki której przemakamy do suchej nitki i przywozimy naszą jedyną pamiątkę z Brazylii jaką jest zakupiony na szybko tandetny parasol. Zwiedzanie zostaje ograniczone do minimum.

Drogę powrotną przesypiam. Całe szczęście, gdyż podobno niespokojne turbulencje, trwały przez cała noc! Umarłabym pięć razy ze strachu.

IMG_3556Na lotnisku w Madrycie mamy coś około 5h czekania na kolejny samolot. Wymęczeni postanawiamy przeczekać ten czas na lotnisku. Buszujemy trochę po sklepach, trochę przysypiamy na ławkach. Nasz sen niebawem pryśnie i znowu będziemy żyć w naszej codzienności.

Wraz z przylotem samolotu do Paryża kończy się moja opowieść o wakacjach w Brazylii.

Bez wątpienia mogę nazwać ten wyjazd wycieczką marzeń. 

Dziękuję :*

Back To Top