Podróże

Mont-Saint-Michel i Saint-Malo.

13-14.02.2016

Wczesny deszczowy sobotni poranek.
Dziś wypożyczamy samochód i wyruszamy w drogę, odkrywać uroki Francji. Bretania.
Zbieramy nasze manatki i z zaspanymi oczami ruszamy w stronę Montparnass’u.
Lubię takie zaspane ciemne poranki. Kiedy ulice świeca pustkami, a żółte światło latarni dziwnie gryzie się z błękitnymi porannymi zorzami na horyzoncie. Mają one w sobie taki miły dreszczyk zapowiadający nowe przygody. <3

Jak nigdy udaje nam się nie spóźnić i pojawić się przed czasem w ustalonym miejscu spotkania. Ale co to? Biuro w którym wykupiliśmy samochód jest zamknięte. Na drzwiach niedbale przyklejona grubą taśma mapka instruuje nas gdzie została przeniesiona siedziba naszej wypożyczalni. Szybki telefon Pana M i już wiemy gdzie się udać. Całe szczęście to tylko kilka kroków dalej. Wraz z towarzyszami podróży błądzimy po korytarzach piętrowego parkingu Montparnass’u w poszukiwaniu wypożyczalni Hertz.

Jesteśmy! Chłopcy zajmują się formalnościami, a ja ucinam sobie ekscytującą się wyjazdem pogawędkę z Panią K która w ten czas na zaspane oczęta nakłada maskarę nie używając do tego lusterka! Jak ona to robi? <3

Wypożyczalnia nie była by sobą gdyby zaoferowała nam wybrany wcześniej przez nas model samochodu, dlatego dostajemy coś brzydkiego błękitnego z rozsuwanymi drzwiami. Przynajmniej będzie wygodnie.
Pan K zasiada za kierownicę i wiezie naszą całą czwórkę w kierunku Bretanii. <3

Korzystamy z autostrad które każą nam płacić za ich użytkowanie, ale trasa mija szybko. Wolimy jednak prostą drogą dostać się sprawnie do celu niż gubić się po jakiś wiejskich dróżkach. Zajadamy nasze przepyszne kanapki z kurczęciem i suszonymi pomidorami popijając je wyśmienitą herbatką. Nie wiem jak to się dzieje, że prowiant konsumowany podczas podróży zawsze smakuje jakoś lepiej, no może nie licząc naszych koktajlowych pomidorków 😀
DSCF4080
Docierając do Mont-Saint-Michel widzimy już z daleka szpiczasty klasztor na szczycie majestatycznej skały górującej pośród równinnych pół uprawnych.

Pozostawiamy nasz samochód na parkingu oddalonym o jakieś 3 km od wzgórza Saint-Michel i udajemy się na bezpłatny autobus który zawozi nas na miejsce.

Wzgórze z lądem połączone jest długą na prawie 2km groblą. Jest ono cyklicznie obmywane wodami oceanu i podczas przypływów tworzy wyspę. <3 Zależnie od pory roku (oraz dnia!) krajobraz wokół opactwa zmienia się. Wzgórze Saint-Michel swoją historią sięga 708 roku! Pierwsze zabudowania stanęły tu po tym, jak biskupowi Aubertowi z Avranches ukazał się św. Michał i kazał w tym miejscu wybudować kaplicę.

Obecnie zabytek ten jest wpisany na światowa listę UNESCO
oraz stanowi największą atrakcję Francji zaraz po Wieży Eiffla i Luwrze!

Wysiadamy z zatłoczonego autobusu i stajemy u podnóża góry. Pogoda jest nadal deszczowa i wietrzna. Może dlatego klasztor jest jeszcze bardziej posępny i przytłaczający. Potężny zakon zdaje się miażdżyć szczyt góry rozpychając się wśród małych domków wybudowanych u swego podnóża, całe szczęście okalające miasteczko ciężkie mury dzielnie trzymają wszystko w ryzach.

DSCF4082

Pod murami znajduje się parking dla turystów, który waśnie czyszczony jest wielkimi szczotami czterokołowej maszyny z resztek mułu. Syzyfowa praca. A przed nim znajduje się tabliczka informująca o najbliższych przypływach. Tego dnia woda zaleje podnóża góry o godzinie 19:00 i utrzyma się aż do południa dnia następnego. Więc drogi turysto musisz zdążyć z przeparkowaniem swojego samochodu, zanim siła natury zrobi to za ciebie 😉

Za murami ciągną się wąskie uliczki pełne sklepów z pamiątkami i smacznych restauracji. Są tutaj sprzedawane bardzo smaczne regionalne ciasteczka z kształtem klasztoru na wzgórzu <3
W sezonie z trudem można się przecisnąć przez oblegające miasteczko tłumy. Dziś spokojnie możemy tutaj rozłożyć swój parasol i zrobić zdjęcie bez nieproszonych gości  w obiektywie 😉

12833290_10208541187155228_2064625488_nDSCF4174

Spacerujemy dookoła murów podziwiając rozległe połacie mułu (połacie! <3 😀 hah), przemierzane przez wycieczki brodzące dzielnie za przewodnikiem w umorusanych kaloszach, dają uczucie pojawienia się na jakiejś innej planecie.
Muł pochłania również zaślepkę na obiektyw Państwa K. [*]

Sam klasztor mnie trochę rozczarowuje. Spodziewałam się bardziej mrocznych pomieszczeń, nastrojowej muzyki mnichów, czy jakiejś większej ilości eksponatów? Tymczasem zwiedzającym oferowane są jedynie puste, jasno oświetlone przestronne wnętrza. Na dodatek z powodu silnych wiatrów zamknięty jest klasztorny taras widokowy. Plus za darmowy mini przewodnik w języku polskim. To dzięki niemu było interesująco:)

Pod koniec naszej wizyty wychodzi przepiękne słońce, które stawia w innym świetle szpiczaste wzgórze. Połacie mułu odbijają promienie słoneczne tworząc dookoła świecącą tafle.
A wiatr urywa nam głowy, ale zarazem rozbawia do rozpuku. <3

Przed dalszą częścią podróży postanawiamy pokusić się konsumpcję regionalnych przysmaków. Zamawiamy więc mule w sosie kremowym oraz omlety z frytkami.
A na przystawkę naleśniki na słono i cydr. Uwielbiam cydr! <3
Obiad jest przepyszny! Nigdy nie miałam pojęcia, ze te odrażająco wyglądające małe małże mogą byc tak pysznie podane 🙂 Sos rozpływał sie w ustach i domowej roboty frytki są genialne. Oczywiście nie uwłaczam mulom według przepisu Pani K 😀 też są pyszne! 🙂

Na parkingu wpadamy do regionalnego sklepu zakupując kilka butelek cydru, którym raczymy się już w samochodzie w drodze do Saint-Malo.

DSCF4226

Trasę pokonujemy wąskimi uliczkami wzdłuż rozległego wybrzeża.
Wszystko dookoła jest nad wyraz spokojne i ciche.

Zatrzymujemy się w  airbnb, kilkanaście minut na piechotę od zabytkowego centrum.
Chłopcy udają się do pobliskiego sklepu po przekąski i coś do picia, a my z K zastanawiamy się jakie zmiany mogłybyśmy wprowadzić do owego mieszkanka gdybyśmy miały mieszkać w nim na stałe. To samo robimy będąc w ikei. 😉

Wieczorem spacerujemy ciemnym brzegiem wody kanału La Manche. Miasteczko oddzielone jest od plaży wysokim grubym murem z dodatkowo wbitymi u jego stóp masywnymi drewnianymi palami, mającymi za zadanie chronić mieszkańców od niespokojnych fal wzburzonego żywiołu. Plaża jednak spokojnie i leniwie ciągnie się daleko, tylko ciemna otchłań na horyzoncie budzi pewien niepokój.  Państwo K bez jakichkolwiek obaw zbiegają po stromych schodkach by zamoczyć swoje dłonie w mrocznych odmętach  morza. <3

Docieramy do potężnych murów okalających zabytkowe centrum. Zaraz za rogiem znajduje się polecana nam restauracja “Cafe de l’ouest”. W środku jest tłumnie i gwarnie, a półmiski uginają się od owoców morza! (Dlaczego nie zrobiłam im zdjęcia? 🙁 ) Nasze szanse na znalezienie wolnego stolika są zerowe. Kelner bierze numer telefonu od Pana K i każde czekać aż się z nami skontaktuje.. Nie wytrzymujemy długo i po 40 minutowym spacerze wracamy by sprawdzić czy coś się nie zwolniło.

Długo czekamy na swoją kolej ale w końcu siedzimy! 😀 Na przystawkę zajadamy ostrygi! Moje pierwsze w życiu 🙂 Skrapiam je cytryną, a one pod wpływem kwasu delikatnie się kurczą. Udaje mi sie je skonsumować bez odruchów wymiotnych, w sumie to smakują bardziej tym cytrynowym sokiem aniżeli swoim swoistym smakiem. Pan M przy pierwszych próbach konsumpcji, zabawnie stara się je połykać w całości 😀 Dopiero potem dowiaduję się, że konsumowałam je na żywca!
Na danie główne zamawiam dorsza w sosie serowym z chorizo i fasolką, a M białego łososia z ziemniaczkami. Państwo K za to zajadają się dwoma olbrzymimi garnkami pełnymi muli! Po kolacji wszystkim nam pękają brzuchy.

Udając się w stronę naszego noclegu odkrywamy, że.. mamy przypływ! Rozległa plaża znikła a potężne fale mocno uderzają o kilkumetrowy mur i rozpryskując się o niego oblewają słoną wodą przechodniów. Niewiarygodna potęga natury. W zaledwie kilka godzin, góra 4, woda podniosła swój stan o kilkanaście metrów! Niesamowite..

Rano budzę się buziakiem.

“Wszystkiego najlepszego Moja Walentynko”
M :*<3

Poranek mija leniwie.
Pani K za sprawą wczorajszego rzutu monetą wraca z zakupów ze świeżymi bagietkami na śniadanie. Zajadamy w miłej atmosferze, robimy kanapki na drogę i sprzątamy po sobie mieszkanko, a przez okna wkradają się nawet ciepłe promienie słoneczne <3

Po konsumpcji udajemy się znowu de centrum miasteczka by spokojnie je pozwiedzać w dziennym blasku. Na początku cieszymy oczy wielkimi falami wczorajszego przypływu, który już nieco zmalał, a potem zwiedzamy katedrę i spacerujemy po murach obronnych podziwiając przepiękną panoramę. Charakterystyczną cechą jest wszechobecny zielony mech, który bez skrupułów atakuje mury i dachówki domów. Lubię go, pomimo iż wilgotny i wietrzny klimat mi nie sprzyja.
Już od rana kaszlę i chrypię..

DSCF4288

Kiedy głodniejemy ustawiamy się w kolejce po szybkie ciastko. Państwo K zamawiają naleśniki. Pani K konsumuje na słodko, natomiast Pan K zajada.. parówkę w naleśniku? Takie cuda 😀

Zakupujemy słodkie pamiątki i udajemy się w stronę samochodu.

Ale co to? Gdzie podziały się wysokie fale? Mamy Odpływ.

DSCF4392

Piękna długa plaża i pełno spacerujących po niej ludzi. Przeskakujemy worki z piaskiem i zbiegamy w dół. Udało się! Dotykam piasku  <3 A myślałam już, że wyjadę stąd bez tej małej przyjemności 🙂

Wszyscy jesteśmy zadowoleni i usatysfakcjonowani z wyjazdu. Gdyby tylko pogoda była trochę mniej wietrzna i deszczowa..

Naszą przygodę wieńczymy w drodze powrotnej, przystankiem w Macu, szczęśliwi zajadając niezdrowe fast-foody <3

 

* zdjęcia Pana K + kilka moich z aparatu dogorywajacego telefonu 😉

Back To Top