Podróże

Lizbona i Porto.

20-27.03.16

Po ostatniej wizycie do Porto (←klik)
wiedziałam, że muszę jeszcze tutaj wrócić!
Zabrać tutaj Pana M. <3

No i nareszcie nastał ten czas. Wykupiliśmy bilety z przelotem do Lizbony i samolotem powrotnym z Porto. Od niedzieli do niedzieli. Wycieczka na równiutki tydzień. <3 Tyle na ile potrafiłam, zaplanowałam z grubsza naszą wycieczkę i zaczerpnęłam porad wycieczkowych od mojej siostry, która ostatnimi czasy pomieszkiwała w Lizbonie <3
Zapakowałam jej gruby przewodnik po Portugalii i w drogę!

Dzień 1

Samolot mamy o bardzo ludzkiej godzinie, 10:50. Jednak postanawiamy wyruszyć wcześniej z powodu la grève (strajku) i możliwych problemów z dojazdem. Wsiadamy w Orly Busa, który przejeżdża nieopodal naszego mieszkania i zawozi nas na lotnisko w 20 minut! <3 Uwielbiam! Na dodatek przejazd jest bezpłatny, gdyż posiadamy kartę miejską “navigo”.

Z powodu mojego panicznego lęku przed samotnymi podróżami samolotem i obawą, że zgubię się pomiędzy terminalami, na lotnisku obowiązkowo ja obejmuję prowadzanie. Dwa razy dokładnie sprawdzam tablice informatyczne by doprowadzić nas na czas do naszego gate’u.

Mamy naprawdę dużo czasu więc w leniwej spokojnej atmosferze śniadaniujemy się na lotnisku tradycyjnym francuskim śniadaniem. Jest naprawdę miło. Pan M bawi się aparatem i nagrywamy naszą pierwszą wycieczkową relację 🙂 Nie mogę się doczekać kiedy będziemy na miejscu!

DSC00219

W samolocie zaczytuję się w przewodnik i łapię pierwsze wakacyjne widoki za oknem.

linie metraPo przylocie pierwsze co przestawiamy zegarek o jedna godzinę do tyłu. Mamy wiec południe 🙂 Jedna godzina wycieczki gratis 😉

Z lotniska do centrum dojeżdża się bez problemów metrem. Bierzemy linie różową, a potem przesiadamy się na zieloną. Każda linia ma swoją specjalną nazwę i znaczek. Co jest dość urocze 🙂

Bilety kupujemy w specjalnych maszynach. Proces kupowania biletów polega na wybraniu konkretnego numerka stacji docelowej z listy zamieszczonej na biletomacie. Określana jest wtedy indywidualna cena za przejazd. Ważne: bilet jest w postaci karty z której może korzystać tylko jedna osoba, daną kartę można potem doładowywać, a potem odbijać się wchodząc do autobusów, tramwajów lub metra (również przesiadając się na liniach metra należy odbić kartę!) Za każdym razem wyświetla się na kasowniku suma dostępnych środków na bilecie.

W metrze wita nas grajek z małym psiakiem na ramieniu, który dzielnie w pyszczku trzyma mały słoiczek z monetami <3 Oczywiście podstarzały zapijaczony pan (nie chce o nim mówić źle, no ale jednak ) skrada tym psiakiem moje serce i wrzucam mu coś nie coś do tego koszyczka 🙂 Wysiadamy na stacji Martim Moniz i idziemy wzdłuż linii tramwajowych wspinając się w górę miasta. Pierwszym zaskoczeniem jest fakt iż tramwaje naprawdę niesamowicie zwinnie poruszają się w tych ciasnych uliczkach! Sunąc mozolnie pod górę, niemalże zahaczając pranie rozwieszone po balkonach. Słońce i strome podejście powoli ściągają ze mnie wiosenny płaszcz.

Nasze mieszkanko znajduje się w bardzo uroczej dzielnicy – Alfamie, zaraz nieopodal zamku. Robimy szybki check-in w naszym nowym lokum, przepakowujemy nasze małe plecaczki i wybywamy na obiadek.

Wpadamy do pierwszej lepszej restauracji. “Santo Andre”. Na początku siadamy przy stoliku pod klatką z ćwierkającym kanarkiem który co jakiś czas sypie nam ziarenka na głowy 😀 Zaczyna trochę padać, dlatego przesiadamy się w drugi kąt patio. Nie dość że na posiłek czekamy wieki to jeszcze kelner zapomina o naszej przystawce i winie.. Całe szczęście wynagradza nam to gratisowa butelka tego trunku. Takiego sowicie zakrapianego posiłku nie przewidzieliśmy 😉

Jestem trochę zawiedziona pogodą. Gdzie to gorące słońce?  Wracam się po płaszcz.

Pierwszy punkt naszej wycieczki to punkt widokowy Santa Luzia.  Widok rozpościera się na zatokę rzeki Tag i czerwone dach domów. Są i azulejos, charakterystyczne białe płyteczki zdobione niebieska farbą.

Potem schodzimy w dół w kierunku Lizbońskiej katedry. Niedziela Palmowa. A zaraz obok stoi Igreja de Santo Antonio podobno kościół została wybudowany w tym samym miejscu gdzie urodził się święty Antonii.

Swoje kroki kierujemy na Campo das Cebulas (dosłownie tłumacząc Pola Cebuli), który niestety znajduje się w remoncie. Spacerując wzdłuż wybrzeża docieramy do pięknego lizbońskiego placu Praça do Comércio,  z dużym łukiem tryumfalnym otwierającym bramę na główną turystyczną ulicę miasta rua Augusta, oraz pomnikiem Króla Józefa I w jego centralnej części. Po drugiej stronie mamy piękny widok na słynny most Ponte 25 De Abril i pomnik Jezusa, wzorowany na tym w Rio de Janeiro. Podziwiamy śliczny zachód słońca <3

Przechodząc przez łuk triumfalny giniemy trochę w morzu turystów. Oglądamy wystawy sklepowe. Ja w sklepowych witrynach wypatruję krabów, a pan M.. butów 😀

Znajdujemy też Elevador de Santa Justa, winda ta została wybudowana by ułatwić poruszanie się po położonym na wzgórzach mieście. Za opłatą można wjechać na jej szczyt, lub obejść ją z innej strony i znaleźć się za darmo na kładce łączącej windę z dzielnicą Chiado (czytaj dalej, będą zdjęcia 😉 ) W Lizbonie są również trzy inne windy: Elevador da Bica, Elevador da Lavre oraz Elevador da Glória. 

Dochodzimy do Praça Dom Pedro IV,  (zwanego Rossio od stacji metra która się tam znajduje) z kolumną uwieńczoną figurą Pedro IV pierwszego władcy Brazylii.  Owy pomnik posiada ciekawą historię. Mianowicie pierwotnie przedstawiał księcia Maksymiliana przyszłego cesarza Meksyku, wysyłka z Francji za ocean prowadziła przez Lizbonę, gdzie swoją podróż przerwała, ponieważ okazało się że przyszły następca zmarł, dlatego pomnik “podrasowano” i z Maksymiliana zrobiono Pedro IV. o! Na placu jednak zaczyna padać deszcz, więc nie badamy dokładnie rysów władcy Brazylii, tylko zakupujemy sobie pyszną sangriję i cieszymy jej słodyczą. <3

Kolejnym punktem jest dworzec kolejowy Rossio. Charakteryzują go dwa główne bogato zdobione wejścia w kształcie podkowy. Kosztujemy też tutaj pieczonych kasztanów. Ale innych niż te paryskie. Bardziej chrupkich i w oprószonej solą skórce 🙂

Powoli zapada zmrok, a my błądząc uliczkami znajdujemy się niespodziewanie na placu Largo Cormo, gdzie swoje miejsce ma targ handmade, na którym PRAWIE kupujemy mi torebkę, a panu M szalik 😉 Jest tutaj również pałac prezydencki przed którym sprawują warte strażnicy oraz klasztor Karmelitów (Convento do Carmo), a właściwie to co z niego zostało. Pewnego dnia podczas mszy, sklepienie runęło na modlących się wiernych. Podczas prac remontowych postanowiono zabezpieczyć kościół w formie trwałej ruiny by przypominał o tragedii.

Właśnie obok kościoła znajduje się przejście na wcześniej wspomnianą windę “Santa Juste” Miasto powoli zasypia a my udajemy się w kierunku naszego mieszkanka.

Wspinając się po schodkach naszej dzielnicy natrafiamy na bardzo klimatyczną knajpkę. Tak nam przypada do gustu, że spędzamy tam większą część wieczoru i  staje się naszym obowiązkowym punktem każdego następnego! Smakujemy tam tradycyjnej nalewki ginjinha (do dziś nie wiem jak to się poprawnie wymawia).

A później kolacja nieopodal naszego mieszkania. Pan M bezcześci smaki Lizbony i zamawia kurczaka w sosie pieczarkowym (ale fakt bardzo pysznego!), a ja meczę olbrzymią porcję Bacalhau à Brás ( bacalhau – solony i suszony dorsz). Za to popijam przepysznego brazylijskiego drinka: Caipirinha, który wspomnieniami przenosi mnie na gorące piaski Rio <3 Pycha!

Dzień 2

Poranek zdaje sie byc wyborny.
Budzę się wcześnie i rozpoczynam poranną toaletę. Jestem wypoczęta i pełna optymizmu. Dopiero po jakimś czasie uświadamiam sobie, że zegarek na telefonie pokazuje nadal paryski czas.O jak miło! Tym sposobem zyskuję kolejną godzinę leniwego poranka, jakos mi to nie przeszkadza 🙂 Wyganiam pod prysznic pana M a sama zabieram się za parzenie herbaty.

DSC00396

Od czego dziś zaczynamy? Świeci piękne słońce i grzech byłoby go nie wykorzystać. Dlatego pierwsze swoje kroki kierujemy na punkt widokowy przy Igreja e Convento da Graça. Setki czerwonych dachów wspartych na świecących w słońcu białych ścianach.

Tak, zdecydowanie to jeden z bardziej charakterystycznych widoków w Portugalii, te ściśnięte, budowane prawie jeden na drugim, biało-czerwone domki. A w Lizbonie dodamy do tego horyzont ze słynnym mostem Ponte 25 de Abril 🙂

Chcę zobaczyć więcej! Kilka kroków dalej, pod górkę, znajduje się kolejny punkt widokowy. Jednak tym razem jest on o wiele bardziej okazały <3 Miradouro da Senhora do Monte. Pomimo tego nie jest zbyt popularny wśród grona turystów, co innego wśród lizbońskiej młodzieży! Podobno wieczorami rozpościera się stąd cudny widok na zachodzące słońce, a młodzi z chęcią cieszą się jego ostatnimi promieniami smakując alkoholowe trunki 🙂

My urządzamy sobie w tym miejscu poranne śniadanie. Kilka owoców i portugalskie babeczki wypełnione budyniem. Słońce świeci cudnie i nawet na chwile udaje mu się zdjąć ze mnie mój wiosenny płaszczyk 😀 Nacieszywszy oko krętymi ścieżkami schodzimy w dół Alfamy ciesząc oko misternie uroczymi domkami, mizernie zdobionymi kolorowymi płyteczkami.

Błądząc trochę natrafiamy na “targ złodziei” Feira de Labra, który jednak dzisiaj jest zamknięty, może i lepiej, bo podobno nie na marne posiada taką nazwę 😉 Sprzedawane są na nim antyki oraz inne ciekawe przedmioty. My znajdujemy jednak całkiem sympatyczny punkt widokowy na olbrzymią białą kopułę panteonu (National Pantheon), który kiedyś był kościołem Santa Engrácia.

Robimy sobie przerwę. Pomimo iż nie widać stąd nie wiele więcej aniżeli ów masywny budynek, to jednak robi wielkie wrażenie i ma się ochotę na niego popatrzeć dłużej. Konsumując resztki ze śniadania cieszymy się chwilą. Słońce grzeje wybornie, a ja prawie zasypiam na kolanach pana M 🙂

Błądząc malowniczymi dróżkami, przypadkiem trafiamy na świetną restauracje! Idealna pora lunchu w którego skład wchodzi zupa, drugie danie, wino, deser i kawa za.. jedyne 7,5€ od osoby! 😀 Delektujmy się tym! Jest bardzo smacznie pomijając dziwaczne jajeczne desery, co później okazuje się normą w portugalskich jadłospisach. Potrafią chyba przyrządzić deser z jajka na 100 sposobów! 😀

Kilka kroków nieopodal naszej smacznej restauracji łapiemy autobus 728 w stronę Belem. Bip! Odbijamy swoje karty i mościmy się na autobusowych siedzeniach. Droga zajmuje nam coś około 20 minut. Wysiadamy tuż u podnóża potężnych zabudowań klasztoru, Mosteiro dos Jerónimos. Prezentuje się przepięknie z drobno zdobionymi ornamentami w stylu manuelińskim. Kiedy szukamy wejścia do kościoła okazuje się że w poniedziałki jest zamknięty.. A to wielka szkoda! 🙁 Może wrócimy tutaj kolejnego dnia?

DSC00524

U zwieńczeniu dwóch szpiczastych wieżyczek znajdujemy wejście do muzeum morskiego, Museu de Marinha. Płacimy za wstęp jakieś grosze z powodu zamkniętej niewielkiej części muzeum na czas renowacji. Na początku nie jesteśmy pewni czy wydaliśmy pieniądze na jedynie podejście bliżej do ogromnej mapy odkryć, gdy po przejściu przez barierki na drzwiach prowadzących w głąb muzeum wisi kartka zabraniająca wstępu. Ja ciągle wierzę, że to nie wszystko co możemy zobaczyć, pan M podchodzi do tego bardziej sceptycznie. Ale jednak wychodzi na moje! 🙂 Okrążamy budynek z lewej strony i wchodzimy do przepięknego muzeum wypełnionego misternie robionymi modelami statków. Przeglądamy naprawdę konkretny kawał historii portugalskich podbojów podziwiając jak z czasem zmieniała się ich morska flota. Nie miałam pojęcia, że z takim zaangażowaniem będziemy przeglądać owe eksponaty, a jednak 😉

Podczas naszej wizyty pod dachami klasztoru, tak muzeum to znajduje się w jego budynku, rozpętała się straszna burza. Prawdziwe urwanie chmury! Stare mury niemalże trzęsły się po uderzeniu kolejnego grzmota, a ja myślałam sobie o klasztor Karmelitów i o jego zawalonym dachu podczas trzęsienia ziemi. Muzeum jest olbrzymie i ciągnie się jeszcze w kolejnej sali do której trzeba przejść osłoniętym krużgankiem, z prawdziwymi eksponatami galeonów portugalskich. Swoją satysfakcjonującą chociaż dość męczącą wizytę kończymy kawą w muzealnej kawiarence obok sklepiku z pamiątkami z zabawnymi portugalskimi mottami. Właśnie tam powstają pierwsze zapiski w moim notesie z pierwszego i drugiego dnia w Portugalii 🙂

Mozolnym krokiem udajemy się w stronę sławnej wieży Belem. Natrafiamy jednak na darmową wystawę w muzeum nowoczesnym, Museu Coleção Berardo. No i co skusiliśmy się. Ja chcę to jak najszybciej przebiec pan M próbuje kontemplować tę dziwaczną sztukę. Chyba nie przepadam za tego typu muzeami. Uwieczniłam kilka rzeczy które mnie się spodobały i to wszystko.

Po wyjściu nie chce mi się nic, a tutaj jeszcze przed nami główna atrakcja!
Chwilkę trzeba się przejść, ale już jesteśmy. Jeden z piękniejszych obiektów militarnych zapisany na światową listę UNESCO. Podobno swoim wyglądem przypomina lukrowany tort? Ocencie sami 😉

Kiedyś wieża znajdowała się na środku rzeki, potem jak Tag zmienił trochę swój bieg, “dobiła” do brzegu.

Powoli zachodzi słońce i niebo zaczyna przybierać przepiękne kolory!  W tle jakieś przedziwaczne wiatrako-maszyny jakiejś fabryki.

Zaczyna kropić, a my udajemy się w stronę pomnika odkrywców. Nieprzyjemnie wieje i pada. Dlatego nie cieszymy się długo zabytkiem i szybko udajemy się w stronę stacji kolejowej, po drodze robiąc zdjęcia nagle pojawiającej się tęczy 🙂

Przypadkowo znajdujemy się pod cukiernią serwujące najlepsze Paste de Belem w Lizbonie! To fakt, miałam w planach odhaczyć to na swojej liście atrakcji, zapomniałam, ale jednak się udało 🙂 Kupujemy tylko dwie, a szkoda! W zestawie dostajemy do posypania cynamon i cukier. Jest to zbędne. Jadąc pociągiem w stronę centrum Lizbony delektujemy się tymi pysznościami. Kruche ciasto w kształcie babeczki wypełnione delikatnym, puszystym budyniem waniliowym, wydającym się być nadal ciepłym <3 Pochłonięta konsumowaniem zapomniałam o zdjęciu 😉

Na miejscu wygłodniali szukamy jakiegoś smacznego miejsca na kolacje. W końcu lądujemy w małej restauracji zaraz pod domem “Marcelino” gdzie pałaszujemy chrupkie tosty podawane na płytach winylowych 😉 Do dziś będę pamiętać smak przyrządzonych na słodko tostów z kurczaczkiem i migdałami 🙂 oraz obleśne różowe mleczko o smaku jagodowym z jakiegoś proszku..

W domu pan M skajpuje z rodzicami zdając pierwsze relacje z podróży. Dzisiaj darujemy sobie nocne wojaże, musimy być wyspani i wypoczęci na jutro, bo jutro czeka nas większa wyprawa 🙂

Dzień 3.

DSC00657Kolejny poranek w Lizbonie. Kierujemy się mozolnie krętymi ścieżkami w głąb dzielnicy Baixa. Spokojnie śniadaniujemy się w przydworcowej mini kanapkowni. Zwykła bułka z serem, przepijana kremową kawką smakuje jakoś nad wyraz dobrze. Wygrzewamy się w promieniach słonecznych poranka, stołując się przy jednym ze stolików przed budynkiem dworca. Będzie dziś piękna pogoda w Lizbonie <3 A jaka będzie w Sintrze?

W długiej, ale szybko przesuwającej się kolejce, na pierwszym piętrze, kupujemy bilety do Sintry. Okazuje się, że działają one w taki sam sposób jak bilety komunikacji miejskiej w Lizbonie, czyli na doładowanie karty. Dostajemy więc kolejne zielone karty doładowane na dwa przejazdy w tą i z powrotem. Nasz pociąg odjeżdża za chwilę. Wpakowujemy się do zapchanego wagonu wypatrując wolnych miejsc do siedzenia. Udało się nam 🙂 40 minut jazdy minęło naprawdę szybko i sprawnie. Już z okna udaje nam się dostrzec kontury przepięknego zamku oraz starodawne mury Castelo dos Mouros, oraz zarysy Palácio da Pena. Na peron sintry wysiadamy wraz z tłumem turystów. Jest straszny zgiełk, trudno jest nawet dostać się do informacji w celu uzyskania mapy miasteczka. W końcu ją zdobywamy i po krótkim obeznaniu kierunków ruszamy w stronę centrum miasteczka.

Wieje nieprzyjemny zimny wiatr, więc osładzamy sobie życie ciasteczkami z pierwszej lepszej napotkanej cukierni. Gdzie podziało się cudne lizbońskie słońce, które pieściło nasze policzki podczas porannej kawy? 🙁 Zasiadamy przed dużym białym budynkiem z pokaźnymi stożkowatymi wieżami, Palacio Nacional. Czytam przewodnik i jak mały bobas wcinam karmelowy popcorn zakupiony z wózka na kółkach od obwoźnego sprzedawcy. Po każdym przeczytanym zdaniu pan M wpycha mi garstkę słodkiego popcornu w paszczek, niczym pora karmienia małego bobasa. Dlaczego mi to nie przeszkadza? 🙂

Centrum miasteczka zdaje być się strasznie małe i po zaliczeniu mało efektownego punktu widokowego kierujemy swoje kroki w kierunku parku Quinta da Regaleira. Za wstęp płacimy 6€, ale warto. Ogród jest naprawdę spory i oprócz przepięknej bogato zdobionej rezydencji króla ma również wiele innych atrakcji, jak przepiękne fontanny, księżniczkowe wieżyczki, jaskinie z podziemnymi tunelami i głębokie studnie! Wszystko udostępnione jest do zwiedzania. Można godzinami spacerować krętymi ścieżkami i odnajdować na każdym rogu urokliwe atrakcje, lub gubić się w podziemnych korytarzach, pojawiając się na dnie olbrzymiej studni lub w podziemnej wodnej jaskini. Ogród jest bardzo romantyczny, gdyby usunąć wszystkich przechadzających się tam w koło ciebie turystów. Dlaczego oni mi tak strasznie przeszkadzają? Przecież to jeszcze nawet nie jest najgorętszy sezon, a ja już za każdym razem na nich narzekam! Nie dogodzisz mi 😉

Po długim spacerku skaczemy na szybki obiad do fast-fooda na przeokropnym hamburgerze mięsem o smaku obleśnej kiełbasy… To nie moje przepyszne cheeseburgery :\ Zaufam już mojemu pan M w wyborze restauracji 😉 Niezadowoleni, ale z pełnymi brzuszkami udajemy się na autobus który ma nas zawieść na szczyt z przepięknym kolorowym zamkiem  Palácio da Pena.. Płacimy 5€ od osoby za bilet w obydwie strony. Po drodze mijamy mury zamku Maurów, których jednak nie mamy zamiaru zwiedzać, nie tym razem. Ustawiamy się w kolejce do jednej z małych drewnianych budek. Wstęp do ogrodu oraz na mury pałaców i jego zwiedzanie wewnątrz kosztuje aż 14€ za sztukę! Cóż za zdzierstwo. A powinnam jeszcze doliczyć do tego bilet za autobus podwożący nas tutaj, nie mówiąc już o samym pociągu..

Pałac jest naprawdę okazały! Zadziwia swoją różnorodnością barw i kształtów. Z murów natomiast rozpościera się przepiękny widok na rozległy horyzont. No wszystko cudnie, gdyby tylko nie ten mocny wiatr, który niemalże spycha nas w kolorowych krużganków.
Wnętrze pałacu zwiedzamy podczepiając się pod jakąś anglojęzyczną wycieczkę, wyłapując co cenniejsze informacje. Ale nie warto dopłacać, by specjalnie tutaj wchodzić 😉

Po obejściu po raz kolejny zamkowego placu postanawiamy wspiąć się na widokowy szczyt po drugiej stronie zamkowych ogrodów. Jest dość chłodno, a żwawa wspinaczka powinna nam dobrze zrobić. Ścieżki są bardzo dobrze przygotowane pod spacerujących turystów, więc bez problemu docieramy na szczyt uwieńczony metalowym krzyżem. Lekko zziajani i jedni z nielicznych cieszymy się przepięknym widokiem na okazały zamek.

Chyba zbiera się na burze, ale nam to nie przeszkadza udać się na kolejny pobliski punkt widokowy. Tutaj jesteśmy już całkowicie sami. Możemy delektować się cudnymi widokami siedząc na kamiennej ławeczce usytuowanej pomiędzy dwoma olbrzymimi głazami. Jest czarująco. Uwielbiam odkrywać takie zakamarki 🙂

Usatysfakcjonowani spacerujemy powolnym krokiem w kierunku stawu kaczek. Przyzamkowy park posiada jeszcze kilka innych punktów widokowych i ciekawych atrakcji. My jednak nie damy rady ich wszystkich pozwiedzać przed zmrokiem. Na dodatek nie mamy już na to najzwyczajniej sił.

Wychodzimy jakimś bocznym wyjściem i wyprzedzamy tym sposobem kolejkę turystów czekających na transport przy głównej bramie. Co za szczęście!:) Zmęczeni ale zadowoleni dojeżdżamy pod sam dworzec. Niestety pociąg ucieka nam sprzed nosa, dlatego, by nie czekać pół godziny na następny wskakujemy w taki po którym będziemy musieli jeszcze złapać metro do centrum. Nic nie szkodzi. Padamy z nóg.

W Lizbonie mozolnie człapiemy do naszej knajpki na białą sangrię. Mniam 🙂 Jest jak zawsze klimatycznie, ale tym razem, zmęczeni  w nie najlepszych humorach.

Na kolację udajemy się do wytwornej restauracji Farlo de Santa Luzia. Na przystawkę zamawiamy zupki, moja jest pycha, krem  z owoców morza 🙂 a na główne danie wcinam gigantyczne szproty! Chociaż w sumie to je mozolnie rozgrzebuję a każdy kawałek przeżuwam z wielką starannością. Ości mają mnóstwo! Ale przyprawione gruboziarnistą solą, podane z przysmażanymi ziemniaczkami w mundurkach smakują naprawdę wyśmienicie 🙂

Dzień 4.

Dzisiejszego dnia nie mamy w planach się przemęczać. Dlatego dzień zaczynamy dopiero późnym porankiem i spacerem dookoła zamku przy którym wynajmujemy mieszkanko. Natrafiamy na fajną street-artową wystawę 🙂

Postanawiamy zamiast śniadania skoczyć do “naszej restauracji” na śniadanio-lunch 🙂 Po dłuższym spacerze uliczkami Alfamy głodniejemy wystarczająco, by skusić się na pełnowymiarowy posiłek. Restauracje startują z lunchami po 13, więc zajmujemy tylko stolik i wpadamy jeszcze na chwilę do przydrożnych sklepików w celu znalezienia jakiś wakacyjnych pamiątek.

Po posiłku postanawiamy ponownie zajrzeć na “targ złodziei”, ale i tym razem nie udaje się nam go zobaczyć, a sprzedawcy właśnie sprzątają swoje ostatnie jarmarki. No nic, schodzimy na dół by podejść do panteonu i zobaczyć jak prezentuje się w środku. Ja mam jeszcze wstęp za darmo, dlaczego ja tam nie wchodzę?

 

Kolejnym punktem programu jest zaliczenie dwóch punktów widokowych z drugiej strony Lizbony. Pierwszy z długim tarasem (Miradouro de São Pedro de Alcântara), na którym zamawiamy jasne piwko i wypatrujemy punktów widokowych na których byliśmy dwa dni temu. Można się na niego dostać kolejką, zwaną “Elevator de Glória“.

Gubimy się trochę w malowniczych uliczkach. Jest przyjemnie 🙂 W końcu docieramy do drugiego punktu widokowego, Miradouro de Santa Catarina .Rozpościera się stąd widok na słynny lizboński most oraz pomnik Jezusa. To miejsca zaś zdominowane jest przez młodzież, racząca się alkoholowymi trunkami i popalającymi wonne specyfiki 😉 Wygrzewamy się wspólnie z nimi na słońcu, wcinając grzecznie pomarańcze 🙂

Schodzimy w dół ku rzece, grze robimy krótki postój w Mcdonaldzie, który zawsze ratuje na jakichkolwiek wycieczkach gdy trzeba udać się za potrzebą 😉

Zwiedzamy również wielki moloch pełen małych restauracyjek ze wspólną przestrzenią konsumpcyjną. Time Out Mercado da Ribeira. Jest to ciekawe rozwiązanie gdy chcemy udać się z większą grupą znajomych zjeść coś na mieście, a każdy z towarzyszy lubi inną kuchnię 😉

Dalej włóczymy się bez celu. Wchodzimy do sklepów z pamiątkami, wszędzie pełno szprotek, od wypychanych pluszowych maskotek, po te zakapowane do konsumpcji w puszkach 😉 Natrafiamy nawet na plan filmowy z jakimś znanym aktorem (mi nieznanym).

Nagle zdajemy sobie sprawę, że niebawem będzie zachodzić słońce, a naszym planem na wieczór było podziwianie kolorowego nieba na tle panoramy Lizbony. W podskokach, dosłownie to bardziej biegniemy, wspinamy się po krętych uliczkach na drugą stronę miasta, by dotrzeć na najlepszy punkt widokowy. Nie mamy jednak czasu, by wspiąć się wyżej, więc postanawiamy zadowolić się widokiem z trochę niższego pułapu.

Skulona, sączę białe wino, a rozhulały mocny wiatr próbuje odebrać magie chwili. Romantyczny nastrój wprowadzają dwa wtulone w siebie gołąbki, oglądające wraz z nami zachód słońca, przysiadujących w jednym z domowych kominów. Staram się zebrać jak najlepsze wspomnienia. Wspomnienia z ostatniego wieczoru w stolicy Portugalii. Wspomnienia czarującej Lizbony.

Musimy skosztować czerwonej sangriji w naszej knajpce, a potem jeszcze jednej! ;D Wpisujemy się do księgi gości <3 Spędzamy cudowny wieczór, prowadząc nasze długie rozmowy o przyszłości i o niczym. Udaje mi się zagadać do barmana i zdobyć piosenkę, która towarzyszyła nam podczas każdej wizyty w tym czarującym miejscu. Bez niej to nie to samo <3

Zastaje nas późny wieczór. Przeszukujemy skrupulatnie tripadvisora w poszukiwaniu, jeszcze otwartego jakiegoś smacznego miejsca na kolację. Dziś pada na burgery 🙂 A do kolacji butelka wina. Świętujemy !

Dzień 5.

Dzisiaj jedziemy do Porto.

Oddajemy nasze mieszkanko i udajemy się na śniadanie niedaleko dworca kolejowego. Mnie jakimś cudem udało się uniknąć konsekwencji dnia wczorajszego, pan M trochę cierpi.. Na śniadanie zamawiamy więc orzeźwiający sok pomarańczowy oraz owocową sałatkę, plus grzanki maślane! Co zabawne, pierwszy raz spotykam się z tego typu daniem, a mianowicie jest to chleb, najczęściej tostowy, przysmażany z obydwóch stron, w skutek czego powstaje dookoła niego chrupka maślana skórka. Serwuje się do tego dżemy i miód. Kromki muszą być wystarczająco grube by uchronić kromkę od całkowitego przesiąknięcia tłuszczem. Brzmi kalorycznie, ale smakuje wybornie 😉

A pogodę mamy przepiękną! <3

Pociąg zabiera nas do przepełnionego cudnymi wspomnieniami Porto.

Jesteśmy w Porto!

Robimy sobie dłuższy spacer do naszego nowego mieszkanka. Na progu wita nas miły młody chłopak. Chętnie odpowiada na wszystkie pytania i doradza co warto zobaczyć. Mieszkanko zdecydowanie urządzone w moim typie! Pozwólcie mi w nim zamieszkać na dłużej, a uczynię je cudownym gniazdkiem <3

Zebrawszy siły ruszamy na nowo pozwiedzać miasto. Pozytywnie naładowana energią pokazuje panu M co i gdzie, czym się zachwyciłam, gdzie co robiłyśmy na naszym wyjeździe z panią K (tutaj opisywałam tę wycieczkę: O!Porto). Mieszkamy niedaleko jednej z najbardziej turystycznej ulicy miasta Rua de Santa Catarina, która aż pęka w szwach od nadmiaru turystów! Gdzie się podziały puste zaciszne uliczki Porto jakie poznałam rok temu?

Dochodzimy do sławnego kościółka, całego w niebieskich płytkach azulejos, Capela Das Almas. Potem udaje nam się zakupić poszetkę dla pana M. Od taki mały suwenir 🙂 Ale za to pan M gubi szalik. Coś za coś 😉

Schodzimy do jednego z głównych placów miasta przy Avenida dos Aliados. Plac zakończony jest okazałym budynkiem urzędu miasta Câmara Municipal do Porto. Póżniej dochodzimy do bogato zdobionego niebieskimi płyteczkami dworca kolejowego São Bento, skąd później zwiedzamy katedrę Sé Catedral i udajemy się na Most Ponte Luis I.

Wracamy jeszcze na chwilę pod katedrę nacieszyć się widokiem zachodzącego słońca. Zagadka. Kontury jakich zabytków widać na poniższych zdjęciach? 😉

Kolacjujemy się w restauracji Taberna Santo Antonio.  Miejsce nie jest przypadkowe. Stołowałyśmy się tutaj również z panią K i zaskoczyło nas w ten czas bardzo smaczna jakością potraw jak na takie niskie ceny! Pozwalam przywołać sobie wspomnienia 🙂

Wracamy do domu przechodząc przez jakieś ukryte miejsce widokowe, a mój aparat nie lubi zdjęć nocom 😉 Wracamy do mieszkania i zmęczeni dniem, oddajemy się lekturze książki przed snem.

Dzień 6.

Budzimy się późnym porankiem i po małej przekąsce w mieszkaniu udajemy się na konkretniejsze śniadanie do małej restauracji prowadzonej przez przemiłe małżeństwo, gdzie podawane są posiłki na bazie najlepszych portugalskich produktów spożywczych!
Zajadaliśmy się maślanymi grzankami z orzechowego oraz marchewkowego chlebka, z przepysznym dżemem z bananów 🙂 Który później kupiliśmy u nich i przywieźliśmy z sobą do domu (zdjęcie ze śniadania już w domu z udziałem dżemiku TU)

Po sytym śniadanku odhaczamy kolejne atrakcje miasta. Kawiarnie Majestic, jedno z najstarszych miejsc tego typu w mieście z bogato zdobionym wnętrzem. Oglądamy ją jedynie z zewnątrz bo kawę mamy już wypitą do śniadania, poza tym kolejka do wejścia jest dość okazała. Później niebieski kościół Ildefonso. Później zwiedzamy wybrzeże, dzielnice Ribeira.

Kolejnym punktem programu jest Jardins do Palácio de Cristal. Zabieram pana M na “widok jak z bajki”, który w słoneczny dzień prezentuje się jednak o wiele lepiej 😉

Pierwsze zdjęcie styczeń 2015, drugie marzec 2016.

Wracając do centrum wstępujemy do baru na łyk wina i serową przekąskę. Gdybym pamiętała nazwę to bym nie poleciła tego miejsca 😉

Buszując po mieście natrafiamy na dość nieciekawe uliczki, które znajdują się w samym centrum miasta. Wystarczy tylko skręcić w niepozornie wyglądający ciemny zaułek, by przenieść się w miejsce, ciemne i ciche, pełne starych, opuszczonych kamienic i podejrzanych typków! Więc uważajcie i  nie spacerujcie tam gdzie coś wam nie do końca pasuje. Poniżej zdjęcie z wejścia do takiej uliczki. Kolorowa girlanda zaprasza ciekawskich turystów, by zagłębili się dalej w pułapkę uliczek bez wyjścia. Powiało grozą co? 😀 Ale to normalne. W każdym mieście znajdą się jakieś biedniejsze i bardziej niebezpieczne dzielnice.

Na małe co nieco wstępujemy do pięknej i przepysznej kawiarnio-cukierni!
Miss Pavlova! <3  Serwują tutaj przepyszne torty bezowe! Kiedyś chcę mieć tką swoją własną cukiernie! <3 By się tutaj dostać trzeba przejść prze sklep Almada 13, który również oczarował mnie niezmiernie <3 (kliknij w link do tej pysznej cukierni by zobaczyć więcej pyszności).

Kiedy kończymy naszą niebiańską ucztę, zaczyna padać więc udajemy się do naszego mieszkanka na krótki odpoczynek. Pan M czyta książkę, a ja buszuję po internetach 😉

Na kolację udajemy się do przypadkowej restauracji która zachęca nas swoim przygaszonym światłem i blaskiem świec. Zajadamy romantyczną kolację w akompaniamencie moich przepysznych białych małży, kolejnej porcji bacalhau pana M, butelki czerwonego wina oraz najgorszych oliwek na świecie 😉
Czerwone do owoców morza, no nieźle przyszleliśmy 😉 To był  naprawdę miły wieczór.

DSC01229

Dzień 7.

Siódmy dzień płata nam figla i postanawia, że będzie deszczowy.  Ja jednak chcę pokazać panu M jeszcze kilka atrakcji Porto. Zaczynamy od wielkiego targowiska na którym swojego czasu zakupiłam najpyszniejsze pomarańcze na świecie. Mercado do Bolhão. Gdzie koniecznie muszę kupić ostre papryczki i woreczek orzechów brazylijskich 🙂 Mniam!

Później udajemy się na lunch do naszej śniadaniowni 😉 Tak, tak, lubimy upatrzyć sobie jakieś miejsce i pójść do niego nie jeden raz 😉 Zupa krem z warzyw oraz kanapka serowa podawana w.. częściach 😉

Do księgarni Livraria Lello & Irmão ciągnie się gigantyczna kolejka, więc odpuszczamy sobie zwiedzanie jej wewnątrz ( tutaj zdjęcia jakie udało mi się zrobić podczas pierwszej wycieczki do Porto, o tutaj: O!Porto). Cieszę się jak nie wiem, że wcześniej byłam tutaj wcześniej NIE w sezonie. Miasto jak dla mnie całkowicie traci swój czar z tym tłumem turystów przy każdym większym zabytku.

Pomimo paskudnej pogody chcę podjechać z panem M jeszcze nad ocean! Gdzie można dojechać zabytkowym tramwajem spod kościoła “Igreja de São Francisco”. Niestety pomysł ten okazuje się totalną klapą, nie dość, że na wstępie tramwaj nam ucieka sprzed nosa, czekamy potem na następny w mało przyjemnej restauracji, popijając gorące napoje w celach rozgrzania się, to dojechawszy do celu wiatr i chłód nie dają nam możliwości cieszenia się widokami.

Całe szczęście udaje nam się złapać autobus który wysadza nas gdzie? Tuż nieopodal Miss Pavlova! Czy to znak? 😀 Zajadamy się po raz kolejny pysznym ciastem i maślanymi grzankami 🙂 Szczery uśmiech na szczera chęć pochłonięcia w trybie natychmiastowym całej słodkiej bezy!

Wymęczeni całodniową tułaczką, zbieramy siły krótka drzemką w mieszkaniu, po której udajemy się na “chamską” porcje frytek i mięsa w sosie pieczarkowym. Tak, jak jest brzydka pogoda to cały dzień jemy. Zajmujemy się zwiedzaniem portugalskiej kuchni 😉

A wieczorem wracamy do restauracji z wczorajszego wieczora! Jakżeby inaczej ;] I pierwszy mój przypadek dostania drinka zawiniętego w papier toaletowy! 😀 Me rozbawienie nie zna granic 😉

Dzień 8.

Słońce od rana wygląda nam zza okna <3 Popijamy poranną herbatkę i powoli pakujemy swoje manatki. By nie spóźnić się na samolot, postanawiamy już teraz przestawić nasze zegarki o jedną godzinę do przodu.

Wykorzystując słoneczna pogodę idziemy jeszcze raz na most, a później wchodzimy na punkt widokowy przy klasztorze. To obowiązkowe miejsce przy zwiedzaniu Porto! Żałuję tylko, że nie udało nam się tutaj przyjść wieczorem, o zachodzi słońca lub po zmroku. Widok stąd świecącego miasta jest czarujący!

Udajemy się na “wielkanocne” śniadanie do jakiegoś szybkiego baru po drugiej stronie rzeki. Ale jajko jest! 😉

Chcieliśmy przejechać się kolejką linową która ciągnie się nad miastem, ale nie chce nam się wydawać na to specjalnie 5e, zobaczyliśmy już wystarczająco dużo widoków na panoramę miasta. Spacerujemy leniwie drugim brzegiem rzeki, wzdłuż straganów z rękodziełem oraz podróbkami drogich torebek 😉

Przysiadujemy sobie co chwila na ławkach. Śmiejemy się i obgadujemy wspólnie przechodniów ;D Naszą wycieczkę kończymy “świąteczną babą” którą jest całkiem zacny żółty biszkopt 😉 Wystarczająco wcześnie udajemy się w stronę lotniska. Całe szczęście bo okazuje się, że metro potrafi jeździć w zdumiewająco dużych odstępach czasowych. My czekaliśmy na swoje 28 minut!

Na koniec zapraszam na małe zestawienie najciekawszych portugalskich płyteczek 😉

Back To Top